Archiwum autora: Maciej

Zwykły ranking kawy

Wiele osób się zastanawia która kawa jest najlepsza. Na szczęście Zwykłe Historie pomogą wam raz na zawsze rozwiązać ten problem przedstawiając ranking sposobów przygotowania kawy. Nie podejmuję się recenzji gatunków ziaren i sposobów ich wypalania, może kiedyś osiągnę ten poziom „kawowego wyrobienia”, że będę mógł w sposób kompetentny się tego podjąć.

„Zacznę pić kawę z mlekiem gdy mleko i kawa będą rosły na jednym krzaku”

-Adolf Bondos

No to zaczynamy!

Gdy starożytni harcerze w dolinach amazonki natknęli się na pierwsze kawowce, znaleźli przy nich instrukcję zaparzania, teraz ta instrukcja znana jest pod nazwą kodeksu z Quzko i znajduje się w muzeum etnograficznym w Dusseldorfie. Na tej instrukcji Majowie zapisali sposób wypalania i mielenia ziaren który stosujemy z powodzeniem do dzisiaj. Niestety nie wiemy w jak przygotowywali sam napój, ponieważ ta część manuskryptu uległa zniszczeniu za sprawą Hiszpańskich konkwistadorów. Warto jednak zaznaczyć, iż zmielona kawa jest naszym punktem wyjścia i od niej będziemy budować nasz ranking.

Najmniej szlachetną odmianą kawy, którą każdy zjadacz chleba może sobie przygotować, jest odmiana powstała w epoce komercjalizacji, popularyzacji i dynamicznego industrialnego rozwoju całego świata, chodzi mi oczywiście o kawę rozpuszczalną. Jest to esencja zmielonych ziaren przerobiona na takie granulki które całkowicie rozpuszczają się w wodzie. Nie jest ona ani dobra ani szczególnie tania, jedyną jej zaletą jest to że nie ma fusów i można wypić duszkiem do dna. Rozpuszczalka zajmuje miejsce 8 w naszym rankingu!

Rozpuszczalka

Troszkę lepsza jest kawa tzw. Zalewajka lub kawa po turecku. Starodawny wywar, często podawany w polskich domach, szczególnie lubiany przez ludzi starszej daty. Tradycyjnie podawany w szklance bez ucha umieszczonej w metalowym koszyczku z uchem. Zmieloną kawę wsypujemy na dno szklanki i zalewamy wrzątkiem. Największą wadą jest to, że jak chcesz wypić ją do dana to zmielona kawa zostanie Ci na zębach. Oto miejsce 7 na naszej liście.

Szklanki w koszyczkach na zalewajkę

W miarę rozwoju technik parzenia i mody na automatyzację, wprowadzone zostały ekspresy przelewowe. To „koromysło” likwidowało wadę zalewajki i nie zostawiało fusów na danie szklaki. Wrząca woda jest w tym urządzeniu przelewana przez kopczyk uzypany z kawy umieszczony na papierowym filtrze w kształcie odwróconego stożka. Gotowy napój zbiera się w dużym dzbanku znanym z amerykańskich filmów. Za oceanem wciąż święci tryumfy porównywalne z Iphonem. Czemu tak jest? Bóg jeden raczy wiedzieć. Za zlikwidowanie fusów kawa z przelewówki ląduje na miejscu 6.

Przelewówka

Szczytowe osiągnięcie Włoskiej myśli technicznej czyli Kawiarka albo „Zaparzacz” plasuje się na kolejnym miejscu. W tym przypadku zmieloną kawę możemy troszkę ubić i lepiej sterować mocą wywaru dodając więcej lub mniej wody. Rozwiązanie to wnosi troszkę lepszą jakość do naszej kawowej przygody jednocześnie oferując niemałą dozę elegancji. Jak dla mnie największą wadą tego rozwiązania jest mała pojemność i możliwość robienia maksymalnie 2 kaw na raz. Pozycja 5 jest zajęta przez Kawiarkę.

Kawiarka vel Zaparzacz

Teraz prawdziwa gratka dla fanów czarnego złota. Kawa z Tygla! Co to takiego ktoś raczy spytać. Otóż jest to bardzo „tradycyjny” sposób parzenia dla narodów mocno związanych z tym napojem takich jak Etiopczycy czy Ormianie. Kawowy tygiel to taki mały garnuszek z długą rączką z boku do którego wlewasz wodę ze zmieloną kawą i podgrzewasz na ogniu czy w popiele aż wyciśniesz z ziarna absolutnie wszystko, a potem do filiżanek i „po maluchu”. Specjalnych procedur przy takim parzeniu jest taka ilość, że potrzeba by oddzielnego artykułu aby je wszystkie porównać. Miejsce 4 zajmuje tradycyjny tygiel głównie za głębokość smaku.

Tygielki

Doszliśmy do wielkiej trójki. Podium zamyka kawa z ekspresu na kapsułki. Powiem szczerze, że byłem przeciwnikiem tego rozwiązania, ale po 3 miesiącach testowania w biurze kapsułek nesspresso stwierdzam, że są naprawdę dobre. Trzeba tylko dobrać moc kapsułki do swoich upodobań i nawet są różne wersje smakowe. Wygoda takiego rozwiązania i niski koszt umieszczają przygotowanie kawy w ekspresie kapsułkowym na miejscu 3.

Kapsułki

Na miejscu drugim, jedyny, niepowtarzalny, zdobywca 35 tytułów mistrza świata z rzędu Eeeeeekkkspres ciśnieniowy!!!!!!!!!! Niech żyje! Dzięki niemu rano wstaje słońce. To on pozbierał gwiazdy i umieścił je na firmamencie. Herkules korzystał z takiego ekspresu przed 12 pracami. A Napoleon pod Waterloo zapomniał wypić porannej kawy ze swojego wspaniałego ekspresu. No ale dość tego wazeliniarstwa.

W takiej ciśnieniowej maszynie można wycisnąć z kawy pełen jej smak, robi się co prawda 2 kawy an raz, ale między parami kaw nie trzeba robić przerw jak w przypadku kawiarki. Nie ma mowy o żadnych fusach, zbiornik na wodę i zużytą kawę pomaga cieszyć się jej smakiem bez martwienia się o obsługę. Miejsce 2 zasłużenie zajmuje ciśnieniowy ekspres do kawy.

Cudeńko!

Cóż może być lepszego? Jest jedna rzecz. Jedna jedyna maszyna lepsza od ekspersu ciśnieniowego to…<fanfary> Ekspres ciśnieniowy z automatycznym młynkiem do kawy. Zachowuje wszystkie zalety swego prekursora a dodatkowo używa świeżo zmielonej aromatycznej kawy. Przyznam się, że różnica jest zauważalna i moim zdaniem takie maszyny są warte swojej ceny. Absolutnym liderem zostaje CIŚNIENIOWY EKSPRES DO KAWY Z AUTOMATYCZNYM MŁYNKIEM!

Taki posiadam i jestem niezwykle zadowolony.
  1. CIŚNIENIOWY EKSPRES DO KAWY Z AUTOMATYCZNYM MŁYNKIEM!
  2. CIŚNIENIOWY EKSPRES DO KAWY,
  3. Ekspres na kapsułki,
  4. Tradycyjny tygielek,
  5. Kawiarka vel Zaparzacz,
  6. Przelewówka,
  7. Zalewajka,
  8. Kawa rozpuszczalna.

Mam nadzieję, że ten wpis przyniósł czytelnikowi zwykłą satysfakcję i rozwiał wszelkie wątpliwości co do hierarchii sposobów przygotowywania kawy.

Zwykła bla bla

Wracaliśmy wczoraj z Martą z Białegostoku do Warszawy. Ale jak trudno było znaleźć transport, to drogim czytelnikom zaraz opowiem. Zaczęło się od tego, że nie byliśmy pewni o której będziemy wolni. Do załatwienia mieliśmy kilka spraw, w tym rozdanie zaproszeń i spotkanie z przyjaciółmi. Z tym rozdawanie to nigdy nic nie wiadomo, bo u jednych możemy siedzieć 30 min a u drugich kilka godzin. Z tego powodu nie kupiliśmy biletu na pociąg wystarczająco wcześnie. No i tak o godzinie 13 już nie było miejsc siedzących. Wielki smutek nastał i sięgnęliśmy po metody alternatywne. Pks nas zawiódł tak samo jak pkp, w odwodzie był tylko blablacar. Ale to co zostało kosztowało więcej niż pociąg i nie uśmiechał nam się taki układ. Postanowiliśmy zaryzykować wszystko i czekać do ostatniej chwili aż pojawi się jakiś lepszy przejazd. No i udało się w ostatniej chwili złapaliśmy zwykłego blblacara. Do Warszawy dojechaliśmy w rekordowe 82 minuty. Byliśmy w domu rekordowo szybko i sprawnie.

Zwykłe rozdawanie zaproszeń

W niedzielę wybraliśmy się z narzeczoną i rodzicami na turnee po województwie Lubelskim, w celu rozdania zaproszeń na ślub mojej najbliższej rodzinie. Od Świdnika aż po Miłocin odwiedziliśmy kupę ludzi i u każdego zjedliśmy ciastko. Dieta straciła na znaczeniu na ten dzień. Trasa  nie była  na szczęście długa. Moja rodzina nie należy do największych, a Lublin nie jest daleko. Gdyby nie moja kłótnia z moją Matką to dzień należałaby do przyjemnych. Niestety nie udało się wymigać od obiadu u jednej z Kuzynek i nie zjedliśmy McDonalda w drodze powrotnej bo byliśmy pełni rosołu i lasagni.

Zwykła zmiana pracy

Nadszedł mój czas w dotychczasowej firmie i jestem gotów na „nowe wyzwania”. Hehe, takie korpo gadanie. Zmieniam nieperspektywiczną pracę na coś co pozwoli mi się rozwinąć, a nie całe życie nie zdobywać nowych umiejętności.

Trochę się bałem awantury w biurze, jednak okazało się, że nie jestem tak kluczowym członkiem zespołu i nikt się szczególnie nie przejął, co utwierdza mnie w przekonaniu, że dobrze zrobiłem. Muszę na obecnym stanowisku przepracować do końca marca, a potem w ramach odpoczynku będę się intensywnie uczył nowych trudnych rzeczy do nowej pracy.

Teraz dni płyną mi spokojnie, bez żadnego stresu i przygotowuję dane do przekazania komuś kto będzie mnie zastępował. Koledzy z pracy mi gratulują, w końcu dostanę niezłą podwyżkę i chyba jak odpowiedzialny, dorosły człowiek, zamiast ją przepić to może zacznę odkładać kasę na emeryturę… w końcu system emerytalny jest tak patologiczny, że w kiedyś się zawali.

Największy turniej Kings of War w Polsce!

Jestem jednym z koordynatorów mistrzostw Polski, we wspaniałą grę figurkową, jaką jest Kings of War. Setki krasnoludów, elfów czy orków staczają bitwy między sobą przy światłym przywództwie ich dowódców.

No i zorganizowałem turniej. Drugi raz w podjąłem się tego zadania, ale czego się nie robi dla środowiska nerdów i oczywiście wiecznej chwały. Powiem szczerze, trochę mnie to wszystko nerwów i zachodu kosztowało, jednak efekt, jak potwierdzą wszyscy uczestnicy, był warty włożonej pracy.

Turniej odbył się w klubie gier bitewnych „Dragon” który rezyduje w auli instytutu lotnictwa. Świetne duże miejsce, makiet jest tyle ile dusza zapragnie i blisko znajduje się dobry chińczyk. Ten klub jest najlepszy i prowadzą go wspaniali ludzie. Przez to aż 3 turnieje odbywały się jednocześnie i mieliśmy limit miejsc tylko albo aż 24. Chętnych było więcej niż miejsc, co cieszy i mnie osobiście zaskoczyło.

Korzystając z takiej dobrej frekwencji odezwałem się do wielu potencjalnych sponsorów, którzy chcieliby się zareklamować przy okazji tego wydarzenia. I znalazłem aż 6 firm które wsparły nas i teraz je pochwalę. Sklep Paladynat lider w ściąganiu nowych graczy, sklep FGB bardzo przyjemne miejsce do grania w Warszawie, www.battle-models.com sklep internetowy z ogromnym modelarskim asortymentem, www.minimonsters.eu wspaniałe żywiczne tereny, www.Kromlech.eu sponsorował nagrodę dla najlepiej pomalowanej armii i www.miniaturesartteam.com sprezentowało zniżki na swoje walizki (polecam) dla 3 najgorszych graczy.

Każdy uczestnik dostał jakąś nagrodę i każdy zjadł kawałek szarlotki przygotowanej prze moją narzeczoną. Wszyscy byli zadowoleni i mam nadzieję, że powtórzymy to jeszcze w tym roku.

Wybór garnituru

W sobotę zebrałem drużynę i wyruszyłem  na zakupy. Nie byle jakie zakupy bo planowałem wybrać i zamówić garnitur na swoje własne wesele. Sprawa najwyższej wagi i jednocześnie dobry powód żeby sobie zaszaleć i kupić coś drogiego i dobrej jakości. Jak zawsze przy wyborze mody męskiej skierowaliśmy się do salonu Roland, który zmienia teraz nazwę na „Rogowski”, a na miejscu spotkał nas zespół specjalistów od dobierania materiałów i kroju. Ja chciałem zwykły garniak, jednak zostałem namówiony na smoking, w końcu wesele wyjątkowa okazja. Zamówiłem wspaniały czarny smoking z pasem i muszką, a dodatkowo jeszcze marynarkę sportową w kolorze niebieskim z przeszyciami białą nicią. Co więcej cała drużyna kupiła sobie takie marynarki, poza moim ojcem który wziął czerwoną w zamian.

Jak to w „Rolandzie” każdy wyszedł z kilkoma zestawami marynarek.

Zwykłe popołudnie

Wczoraj spotkało mnie jedno z najzwyklejszych popołudni w moim zwykłym życiu. Pracę skończyłem o 16 i śmignąłem na trening. Droga przebiegła bez żadnych niespodziewanych zdarzeń. Ketle jak zwykle super, pomachałem żelastwem, wypiłem szejka białkowego i wróciłem do mieszkania. Po drodze wstąpiłem na pocztę odebrać list. W mieszkaniu byłem sam aż do późnych godzin nocnych kiedy to Teściowa z Narzeczoną wróciły z koncertu. W tym czasie, obejrzałem odcinek serialu, zrobiłem zdjęcia ostatnio pomalowanych terenów do gier i znalazłem napisy do wszystkich filmów przygotowanych dla mamy Marty. Chciałbym napisać coś więcej, jednak słowo daję, nic więcej się nie wydarzyło, a jeszcze rozwiesiłem mokre po siłowni ciuchy do wyschnięcia. I tak minął pierwszy dzień tygodnia, jeśli zwykłość się utrzyma to mam potencjał na najzwyklejszy z tygodni.

Zwykły zakup

Moje wesele zbliża się wielkimi żabimi skokami. Coraz mniej czasu, a ciągle wiele spraw do załatwienia. Jedną z takich rzeczy do załatwienia był szeroko pojęty bimber. Bez niego wesele się nie odbędzie, na Podlasiu nie wpuszcza się nikogo na salę weselną na której nie stoi co najmniej beczka bimbru. No więc trzeba było coś zamówić. Martusia uruchomiła swoje kontakty, a są one  naprawdę wartościowe, dzięki licznym koligacją rodzinnym.  Zamówione zostało 20 litrów najlepszego samogonu w czterech wersjach smakowych, och będzie co pić! Ja sam się ekscytuję, bo przy wielu okazjach piłem ten bimber i byłem zachwycony.

No to alko zamówione, ale w czym je podać? Przecież nie w takich dużych i brzydkich kadziach w których przyjdzie. To byłby skandal. Tak więc wybraliśmy się na zakupy, aby znaleźć coś odpowiedniego. Zahaczyliśmy o sklep „ogród i dom” znajdujący się pomiędzy Halinowem, a Mińskiem Mazowieckim.  Pamiętam tamto miejsce jako wielki sklep z całym mnóstwem różnych mniej lub bardziej potrzebnych artykułów użytku domowego. Od świeczek zapachowych po taczki. Od sprzętu akwarystycznego po alkohol. I tam właśnie szukaliśmy takich beczułek z kranikiem do nalewania bimbru. Była cała półka tego typu ustrojstw. Marta podeszła tam i zaczęła wybierać. Ja wiedząc, że moje zdanie nie ma wielkiego znaczenia przy tej decyzji, poszedłem się rozejrzeć między alejkami. Obejrzałem wszystko, nawet alejkę z pościelą. Wracam do ukochanej, a ona jeszcze się waha. Zdenerwowany nie na żarty, wybrałem jeden z dwóch słojów nad którymi się zastanawiała i poszliśmy. Ona szczęśliwa, że uniknęła odpowiedzialności za wybór, a ja zadowolony bo mogliśmy sobie już iść.

Kupiliśmy 3 sztuki słoików 4 litrowych. No i panika w samochodzie. Bo z domu mamy zabrać jeszcze jeden, ale zupełnie w innym kształcie i nie da się wokół niego postawić 3 słoików żeby było symetrycznie… Ach na szczęście ustaliliśmy, że nie jest to problem i reszta weekendu przebiegła spokojnie.

Pomarańczowy regał miłości

Obraz mówi więcej niż tysiąc słów, a obraz pokazuje regał który kupiła mi Marta. Tak, właśnie taki metalowy, pomarańczowy regał niepasujący do niczego mi kupiła. Nie był to jej pomysł, zawsze chciałem mieć metalowy regał, a gdy zobaczyłem ten pomarańczowy w Leroy Merlin, to moje serce zabiło mocniej, od razu zapałałem do niego miłością. Jednak nie kupiłem go przy pierwszym spotkaniu, choć cena zachęcała bardzo, jakieś 85 zł. Wiedziałem, że taki regał nie pasuje do niczego. Ona też o tym wiedziała. Wiedziała też, że bardzo go pragnę i kierowana miłością do swojego narzeczonego, biorąc pod uwagę jak źle będzie ten „mebel” wyglądał u nas w domu, kupiła mi go.

Teraz stoi u nas w salonie i o dziwo wygląda pięknie i pasuje do kanapy.

Drohiczyński świt

W weekend pojechaliśmy odwiedzić mojego przyszłego teścia, a że to było ponad 100 kilometrów od domu, nie zamierzaliśmy wracać na noc. Marta znalazła spanie w mieście Drohiczyn. Niegdyś stolica wojewódzka Podlaskiego teraz małe  miasteczko nad Bugiem z dwoma tysiącami mieszkańców. Nie wprawny turysta powiedziałby, że nie warto tam jechać, bo nie ma nic kompletnie do roboty, nie ma co zwiedzać i nie ma ciekawych zajęć.  Za to tak wytrawny podróżnik jak ja dostrzegł w tym miejscu potencjał, nie za duży, ale taki w sam raz.

Otóż znajduje się w Drohiczynie muzeum z największą w Europie kolekcją szat liturgicznych szytych z pasów kontuszowych szlachty polskiej. Jest to kolekcja jeśli nie ciekawa to na pewno wyjątkowa. Niestety poza sezonem jest otwarta tylko jednak knajpa, „Zamkowa”, podają tam dobre dewolaje i regionalną potrawę „zaguby” które to są roladą ziemniaczaną smażoną na głębokim tłuszczu.

No więc jeśli ktoś chce spędzić bardzo, ale to bardzo spokojny i cichy weekend to zapraszam do Drohiczyna, w sezonie organizowane są spływy i jest otwartych więcej restauracji.