Marcin Szamborski - pilot
 Prowadzący: Karol Poznański

Prowadzący: Karol Poznański

Dookoła świata… śmigłowcem

Transkrypcja:

Prowadzący: Karol Poznański [KP]

Gość: Marcin Szamborski [MS]

[KP] Dziesięć lat skakał ze spadochronem. Od zwykłego skoczka spadochronowego aż do instruktora. W końcu uległ groźnemu wypadkowi. Po tym wszystkim jednak nie załamał się, a nie tylko wrócił na chwilę do skoków spadochronowych, ale rzucił pracę w korporacji i został pilotem śmigłowca, aby w końcu na tym śmigłowcu oblecieć świat dookoła.

Gościem „Zwykłych historii” jest Marcin Szamborski, witaj! Chciałem ci zadać pytanie, takie otwierające, które wzięło się w moim przypadku z książki młodzieżowej, przygodowej, chociaż jest przypisywane znanemu pisarzowi. To była taka rada, którą bohater usłyszał od innego z bohaterów, dojrzałego człowieka: „Rób to, czego się boisz, a strach zniknie”. Czy to jest także twoje motto?

[MS] Nie. Nie, nic z tych rzeczy, które… Bo rozmawiamy o lotnictwie. Czyli, rozmawiając o lotnictwie, to nigdy motywacją nie było latanie czy skakanie, czym tam się zajmowałem, żeby przełamać w sobie jakieś bariery. Zupełnie nie ta bajka, to było zupełnie na takim czystym poziomie przeżywania jakichś po prostu… czegoś przyjemnego, spędzania fajnie czasu na początku. Ale nie była to jakaś pogoń za emocjami, adrenaliną tak zwaną, chociaż to w ogóle tutaj w tym wszystkim nie o to chodzi. Nie, to nie. No bo tak niektórzy ludzie lubią… Świetnie się odnajdują wieczorami, zakopując się w kocu, czytając książki. To jest fajne. Też miewam takie wieczory. Są tacy, którzy lubią ten czas jakoś spędzać aktywnie. Gdzieś przestrzeń jest moim obszarem, gdzie się dobrze czuję. Niektórzy czują się świetnie pod wodą, mam takich przyjaciół, woda wspaniała, chociaż nie do końca moja. Lubię przestrzeń, lubię… lubię wtedy, jak jest trochę wyżej, lubię, jak więcej widać.

[KP] Ja zadałem to pytanie dlatego, że zaczynałeś od skoków spadochronowych i to jest delikatne niedopowiedzenie, bo ty uprawiałeś również base jumping…

[MS] No, to za dużo powiedziane. Zrobiłem dwa skoki raptem, więc…

[KP] Ale generalnie to jest już bardziej ekstremalny rodzaj skakania z raczej małych wysokości, nie zabiera się drugiego spadochronu, bo w zasadzie i tak nie zdąży się go otworzyć. I miałeś, niestety, wypadek. Stąd moje pytanie na początku, bo po wypadku wróciłeś dalej do skakania, czyli tak jakby chciałeś sam się przekonać do tego, że nie boisz się skakać? Jak to w ogóle było?

[MS] Troszeczkę tak w tym przypadku. Hmm… Po wypadku… Ja skakałem oddziesięciu lat i po wypadku wiedziałem, że już w takiej formule skakać nie będę. Ani nie będę skakać w każdy weekend czy co drugi weekend, nie będę skakać tak intensywnie, tak dużo, już nie będę sobie wyznaczał takich celów rozwojowych w skakaniu, no bo na tyle się poturbowałem, że nie było to możliwe. Też gdzieś to był taki moment, że miałem już dwuletniego syna i to było dla mnie dużo ważniejsze niż już tam wspinanie się gdzieś jako skoczek w rozwoju. Wróciłem do skakania po to, żeby… Wciąż uważam, latam śmigłowcami, jak wiesz, odebrałem niedawno licencję samolotową, wciąż uważam, mówię to całkowicie poważnie, że skakanie na spadochronach jest najbezpieczniejszą i niezwykle przyjemną rzeczą do uprawiania. To jest fabryka szczęścia. Ostatnio skoczyła taka moja zaprzyjaźniona osoba w wielu lat sześćdziesiąt plus i chce skakać. Niesamodzielnie, w tandemie, od czasu do czasu to tu, to tam, jest to niezwykle przyjemne przeżycie, wszystkich namawiam.

[KP] Czyli jednak hormony, tylko nie adrenalina, a endorfiny bardziej?

[MS] Endorfiny bardziej. Jakby dużo fajniejsze jest to, co jest po lądowaniu, tak jak jesteś napompowany radością, jak chcesz się tym dzielić, chcesz jeszcze, chcesz więcej, absolutnie to. Kończąc odpowiedź na twoje pytanie: wróciłem do skakania po to, żeby świadomie z tyłu głowy, żegnając się z tym sportem, żeby nie została historia wypadku na wierzchu, tylko żeby jednak zostało to, co przyjemne. Więc zrobiłem jeszcze czterdzieści parę, prawie pięćdziesiąt skoków w kilku miejscach, z różnymi znajomymi, żegnając się niejako z tym sportem, z tą działalnością tak, żeby zostało przyjemne na wierzchu. No i…

[KP] …postanowiłeś się zająć czymś zdecydowanie mniej ekstremalnym, czyli lataniem helikopterem.

[MS] To było… To nie do końca było tak, bo wróciłem potem do biura i całkiem fajnie sobie żyłem w różnych miejscach, korporacjach, biurach, zarabiając przyzwoite pieniądze, ale mnie to nudziło. I kiedy sobie uświadomiłem, że nie chciałbym tak nie lubić budzika przez kolejnych ileś tam lat. Super pracę miałem, z fajnymi ludźmi, fajne projekty, ale to jakby nie była taka do końca moja historia. I zainspirował mnie kiedyś, pamiętam, dzisiaj super w ogóle zawodnik Karol Staryszak, na szybowcach latający, medalista i teraz kapitan w Wizzairze. I wszedł sobie Karol, miał niespełna trzydzieści lat, wpadł wieczorem, jeszcze się nie znaliśmy, w mundurze na chwilę. Ja sobie pomyślałem „kurczę, to w sumie to ja też mogę i już jak mam siedzieć w biurze, to wolę w takim dużym samolocie pasażerskim”, chociaż nigdy mnie nie pociągało latanie dużymi samolotami. Ale nie miałem innego pomysłu, jak sobie zapełnić tę lukę po skakaniu i zapisałem się na samoloty, ale nie zacząłem, chyba nie zdążyłem nawet pierwszego lotu zrobić. Kołowaliśmy tylko, uczyliśmy się uruchamiać i sprawdzać, jak hamulce działają, kiedy okazało się, że w tym samym ośrodku są śmigłowce. Poprosiłem o lot zapoznawczy i jak zrobiłem ten lot zapoznawczy, to czasem tak jest, że pasja to jest dokładnie to, co chciałbym robić. Nie wiedziałem, co będzie za rok, za dwa, za… Jak wygląda kariera, nie pytałem, ale to było dokładnie… Pomyślałem sobie nawet, że to na taki moment czekałem.

[KP] To było tak jak zakochanie się od pierwszego wejrzenia? Wsiadłeś i po prostu pomyślałeś…

[MS] Tak, tak…

[KP] A dlaczego?

[MS] Nie ma tak… Możemy intelektualnie tłumaczyć, dlaczego ty lubisz swoją robotę, no. Pewnie jakbyś zmienił, może byłaby i fajna, tęskniłbyś za dziennikarstwem, za coś, co lubisz, co ciężko tam jakoś określić. Nie powiem ci dlaczego.

[KP] Mówiłeś o tym, że samoloty… I teraz robisz licencję samolotową.

[MS] Zrobiłem tę licencję samolotową, tak, dlatego że prowadzę ośrodek szkolenia, gdzie są i samoloty, i śmigłowce, i aż żal było nie skończyć tych samolotów, chociaż podchodziłem wiele lat i jakoś się nie udało dokończyć. Teraz się zaparłem, pomyślałem sobie, „Ostatnie podejście, albo skończę, albo zostawiam te samoloty”. Samoloty są… Bardziej teraz jednak czuję… Użytecznie. Latają szybciej, są znacznie tańsze, więc mogę zabrać dzieciaki i gdzieś sobie polecieć, polatać, przemieścić się. Śmigłowce… Na śmigłowcu się wciąż wyżywam, wciąż jest mi mało, wciąż chce mi się bardzo latać. Są dużo droższe. Na śmigłowcach zacząłem podróżować. Bardzo lubię, najbardziej lubię chyba filmować ze śmigłowców, więc mam jeszcze ileś wyzwań. Tutaj przede mną stoi ileś projektów, pomysłów, co z tymi śmigłowcami mogę robić.

[KP] No, wygląda na to, że do emerytury się nie będziesz raczej nudził.

[MS] Raczej nie.

[KP] Takie momenty jak wypadek Kobego Bryanta czy tego typu zdarzenia zakończone śmiertelnymi wypadkami jakoś na pilotów działają w sensie: zastanawiacie się nad tym, że „to jest taka maszyna, którą akurat ja mogłem prowadzić”? Że ten pilot też był doświadczony, że… że tam wszystko było technicznie w porządku…

[MS] Każdy taki wypadek interesuje mnie, dlaczego się przytrafił. Jeszcze nie ma końcowego raportu z tego wypadku, jest taki wstępny, opisujący, jak była maszyna wyposażona, jakie uprawnienia miał pilot, jaki nalot i tak dalej. Natomiast przyczyna nie jest jeszcze znana. Oczywiście gdzieś tam latający piloci się domyślają i z tego, co już czytałem, możemy się domyślić, co było przyczyną wypadku. Podejrzewam, że pytasz o to, czy mnie to paraliżuje i czy zaczynam się bać. Bardziej to jest „muszę wiedzieć” i za każdym razem, jak znam przyczynę wypadku, wiem, „OK, tego bym nie zrobił” albo „tego nie zrobię”. Jeszcze bardziej mnie to utwierdza w tym, że jakieś tam rzeczy mogę robić…

[KP] To jest trochę wprowadzenie do tej dalszej części naszej rozmowy o twoim wyczynie, czyli o locie dookoła globu śmigłowcem, ale to pytanie nie jest… Wcale nie chodziło mi o strach, chodziło mi o coś takiego, że mówiłeś o tym chodzeniu do biura. Że to takie fajne projekty, fajni ludzie, ale trochę cię to nużyło. Nie do końca czułeś się tam w swoim środowisku. Tylko że chodzenie do biura jest bezpieczne w tym sensie, że jeżeli masz gorszy dzień, to najwyżej spadniesz z krzesła. Jak jesteś pilotem – to taka moja jest wizja, człowieka, który nigdy nie latał – że jak mam gorszy dzień i nie ma obok mnie drugiego pilota, to trochę jest słabiej… Bo tu nie ma czy może nie być drugiej szansy.

[MS] Jak mam gorszy dzień, to nie polecę. Jak mam taką noc, że spałem cztery godziny albo… albo miałem przerwę w lataniu, bo była zima, jeszcze potem byłem na nartach i po miesiącu wróciłem, to ja nie wsiądę do śmigłowca, nie będę ludzi uczył sytuacji awaryjnych, bo muszę się jeszcze znowu rozlatać. Albo jak jestem niewyspany albo jestem niedysponowany. Wypadki moim zdaniem, to co mówię czasami ludziom, których uczę latać, można sprowadzić do… wszystkie właściwie można sprowadzić do braku uważności. Jeżeli nie ma takiej koncentracji, takiego ostrego umysłu, jaki mają często ludzie, którzy się uczą, którzy są na początku latania, którzy są przejęci, którzy mają pewien rodzaj… Ja miałem wypadek spadochronowy, bo się już nie bałem. Byłem z rutyny… ten… Najczęstsza pewnie przyczyna wypadków rozmaitych, rutyniarstwo mnie zabiło. Robiłem coś w sposób, w który zwykle robiłem, należało zrobić inaczej i moja uważność została uśpiona i dlatego miałem ten wypadek. W śmigłowcach jest tak, że mam cały czas duży respekt dla śmigłowców. Do samolotu można wsiąść po miesiącu, tak jak do żaglówki czy do samochodu, oczywiście czytając sobie checklistę i jakby przygotowując się mentalnie. Natomiast śmigłowiec wymaga takiego manualnego przygotowania się. Śmigłowcem trzeba latać… Żeby latać śmigłowcem… Czasem przychodzą studenci i mówią, że oni nie wiedzą, czy samolotem, czy śmigłowcem. Więc ja im mówię: jeżeli nie będziesz latał regularnie tym śmigłowcem, to sobie w ogóle daruj.

[KP] No właśnie, ty mówisz „manualnego”, ale tak naprawdę to, co mnie uderzyło, bo też pytałem cię i okazało się w przygotowaniach do tej rozmowy, że również czytałeś tę książkę. Robert Mason, „Powiedz, że się boisz” chyba polski tytuł był tej książki. To pierwsze, co mnie uderzyło, to to, że bardzo dużo pracuje się w śmigłowcu rękami i nogami…

[MS] Tak, ale…

[KP] …i to wymaga takiej koordynacji trochę, przepraszam, jak w tym starym takim żarcie dziecięcym, tak?

[MS] No, jak u perkusisty, tak, to jest…

[KP] Wszystko naraz?

[MS] Tak. I to jest jakby… To jest… hmm… najtrudniejsze w początkach latania śmigłowcem, bo tego doświadczenia nikt nigdy wcześniej nie miał i nie ma tego do czego odnieść. Ani do samolotów… Jak przychodzą piloci samolotowi, myślą, że będą latali, ale to nie ma nic wspólnego, latanie śmigłowcem, niewiele, powiedzmy, z lataniem samolotem. Ani do Sky Surfingu, ani samochodów, ani rajdowego jeżdżenia samochodem. Coś zupełnie innego. I teraz trzeba to wszystko połączyć, trochę jak w zgraniu na perkusji, wszystko musi pracować niezależnie i mózg, umysł chwilę potrzebuje, żeby to sobie ułożyć, żeby to wpadło w pamięć mięśniową. Natomiast jak to już się wydarzy, to to jest jak z nauką pływania albo jeżdżenia na rowerze. Jak już nauczyłeś się raz pływać, to już czy w tym basenie, czy w morzu, czy gdzieś – będziesz pływał. I ktoś, kto u nas nauczy się latać naszym śmigłowcem, podniesie do góry i Mi-8, duży transportowy rosyjski śmigłowiec, czy jakiś inny, mniejszy, to już będzie latał.

[KP] Dużo się mówi o automatyzacji lotnictwa, o autopilotach, o tym, że piloci samolotów pasażerskich już może nawet nie są tak dobrzy jak ich koledzy sprzed dwudziestu, trzydziestu lat, kiedy trzeba było wszystko ręcznie…

[MS] Tak jest.

[KP] …robić i pamiętać. Rozumiem, że w śmigłowcach cały czas, mimo że autopilot też oczywiście jest możliwy do zastosowania, to nie jest cały czas takie proste, znaczy, cały czas ta obecność tego ludzkiego czynnika, pilota, który jest cały czas czujny, jest bardzo ważna?

[MS] Tak, oczywiście. Są śmigłowce, którymi po wciśnięciu odpowiednich guzików możemy doprowadzić dokładnie w to miejsce, które chcemy i zatrzymać ten śmigłowiec. No ale to są śmigłowce za obrzydliwe pieniądze i bardziej w służbach wojskowych albo, jeżeli to w cywilu, to są dziesiątki… no, bardzo duże pieniądze. I rzeczywiście samoloty są bardziej zautomatyzowane, dużo mniej wymagające. Samolot leci sam. Jak się puści drążek, to on się wyrówna i będzie leciał dalej prosto. Samolot nie jest wyzwaniem, start też nie jest w żaden sposób trudny. Ci, którzy się uczą, startują tym samolotem prawie że od razu. Lądowanie jest jakimś tam wyzwaniem. Ale w ogóle lotnictwo polega nie… cała ta manualność, cała ta drążkologia, to jest, mówimy, parę procent tego, co się dzieje. Trochę tak jak w samochodzie. Nie myślisz już, że dobry kierowca to ten, co dobrze sprzęgło wciśnie, albo w odpowiednim momencie, albo bieg zmieni, tylko to jest ten, który w ogóle ogarnia rzeczywistość. Ten, który słucha korespondencji, czy to, kto tam mówi, dotyczy jakoś mojego lotu, mojej pozycji, tak jak w samochodzie: jedziesz, zerkasz czasem w lusterko, czy ktoś się zbliża i jedzie za mną, to jest taka ogólna świadomość tego, co się dzieje.

[KP] Tak, tylko że w samochodzie muszę patrzeć tylko w ten sposób, tak? A w samolocie i w śmigłowcu…

[MS] …a w śmigłowcu w ogóle nie musisz. Nie masz radarów, nikt cię nie wyprzedza, nie ma korka, nie musisz ty nikogo wyprzedzać, masz… Lot śmigłowcem… Czterogodzinny lot śmigłowcem to jest pewnie tak męczący jak piętnastominutowa jazda samochodem. Tam się napawasz tylko dobrymi wrażeniami, nie martwisz się o zagrożenia, które są naturalne w samochodzie: czy ktoś nie wybiegnie na drogę, dzieci, piesi, światła, korki, policja, radary i tak dalej. Lecisz, cieszysz umysł dobrymi wrażeniami. Dużo widać, nie czuć prędkości, nie czuć zagrożenia, taki lot w ładną pogodę nie jest naprawdę szczególnym wyzwaniem.

[KP] Nie wiem. Chciałbym powiedzieć, że mnie przekonałeś, ale chyba jeszcze ciągle jakiś pierwszy lot śmigłowcem przede mną. Strasznie mi jest ciężko się do tego przyzwyczaić. Zanim przejdziemy do tej strony lotu dookoła świata, powiedz mi: kierowcy, jak już o tym rozmawiamy, bardzo często mówi się, że prowadzi kierowca plecami samochód. Czuje ten fotel, ma taką kontrolę, tę maszynę czuje wręcz, tak? Kierowca rajdowy. Czy to jest również takie uczucie zespolenia z maszyną, które w pewnym momencie odczuwasz?

[MS] Myślę, że tak. Myślę, że tak. W każdej chwili wiesz, ile jeszcze masz zapasu mocy, wysokości, prędkości, obrotów, różnych tam rzeczy, różnych parametrów, i to ci daje informację, na ile sobie możesz pozwolić, ile jeszcze możesz czegoś tam zrobić. Oczywiście w lotach z punktu A do B… Te są najnudniejsze w śmigłowcach, bo do tego, uważam, służą samoloty. Śmigłowcami latamy z jednego punktu do drugiego raczej wtedy, gdy lądujemy na jakiejś działce, plaży albo tam daleko od jakiegoś lotniska. Bo tak to nawet jak ktoś chce u nas wykupić lot i chce startować z Modlina, tam gdzie jesteśmy usytuowani, na inne lotnisko i chce śmigłowiec, to ja mu wybijam z głowy ten śmigłowiec. Zapłacisz u nas dwa i pół raza mniej, poleć sobie samolotem, po co ci śmigłowiec, tyle pieniędzy?

[KP] OK, no dobrze, to powiedz mi, ile czasu latałeś śmigłowcem, zanim wpadłeś na pomysł, że może by tak oblecieć świat dookoła?

[MS] Wiesz co, pomysł o tym, żeby świat oblecieć dookoła, to jeszcze zanim skończyłem licencję, to już tak sobie myślałem „ale by było!”. A to nie ja wpadłem koniec końców na ten pomysł lotu, który się rzeczywiście odbył, tylko Maksim Sotnikow, z którym poleciałem. I on mi to zaproponował. Ja miałem wtedy ze dwa tysiące godzin, trochę więcej polatałem na śmigłowcach. Odpowiadając na to pytanie.

[KP] Dwa tysiące godzin… To tak, żebyśmy sobie mieli, mogli wyrobić zdanie, czy ci widzowie, czy słuchacze, którzy nie mają tych doświadczeń, to jest jaki staż mniej więcej dla pilota śmigłowca?

[MS] Wiesz co, zależy jak patrzeć. Do Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, żebyś został przyjęty do pracy, musisz mieć tysiąc godzin…

[KP] To jest jakiś punkt odniesienia, bo to są bardzo dobrzy piloci.

[MS] …na przykład. Tak, chociaż dobry pilot to… Ja nie uważam, że dobry pilot… dobrego pilota się po godzinach poznaje. Oczywiście daje to jakiś obraz doświadczenia…

[KP] Ja mówię raczej o tych umiejętnościach, bo oni czasami muszą lądować w bardzo trudnych warunkach…

[MS] Tak.

[KP] …kiedy wykonują te loty ratunkowe, kiedy właśnie muszą wylądować zupełnie nie tam, gdzie zwykle lądują śmigłowce, bo to jest w czasie powrotu, kiedy przywożą już ofiarę do szpitala, natomiast tam, gdzie jest miejsce wypadku, no to czasami wybór tego miejsca jest bardzo trudny. Polecieliście w lewo czy w prawo?

[MS] W lewo. Ale już ci powiem dlaczego. Zwykle lata się w prawo, dlatego że na półkuli północnej tak wiatry raczej wieją, więc lepiej lecieć z wiatrem, będzie szybciej. Natomiast nasza droga i czas były podyktowane tym, że obaj z Maksimem uprawiamy sport śmigłowcowy. Maksim jest aktualnym mistrzem świata i wtedy, jak lecieliśmy, też był mistrzem świata. I w czerwcu zaczynał się sezon sportowy, i gdybyśmy lecieli w prawo, to jeszcze wtedy, jak zaczynaliśmy, na Syberii wschodniej w Rosji były takie nieciekawe pogody, że było duże ryzyko, że utkniemy na długo. Ale za to w lewo, byliśmy tam miesiąc później, kiedy zaczynała się już wiosna i przylecieliśmy. Zresztą i tak się okazało, że na Atlantyku pogoda jest zmienna wiosną, że trafiliśmy wiatry w plecy, więc tak było korzystnie.

[KP] No to nieźle. Po tym przelocie twój szacunek dla Phileasa Fogga i osiemdziesięciu dni dookoła świata w balonie wzrósł, czy zmalał? Czy lepiej go czujesz, czy…? [Przyznaje się tu do do zbitki dwóch książek, „5 tygodni w balonie” i „W 80 dni dookoła swiata” – bardzo mi wstyd 😉 – przyp. red.]

[MS] Z lotem dookoła świata, słuchajcie, jest tak, że po kilku przymusowych przystankach pogodowych uznaliśmy, że jak tylko jest pogoda, to nie ma, że gdzieś zwiedzamy, latamy sobie i oglądamy jakieś rzeczy, tylko po prostu ciśniemy, żeby nie utknąć znowu gdzieś za tydzień. Jak się tylko da, to latamy do przodu.

[KP] Czyli tu była frajda związana z samym lotem.

[MS] Z realizacją planu, który założyliśmy. I lot dookoła świata, to jeżeli ktoś chce zwiedzić świat, to odradzam go, odradzałbym taki pomysł latania dookoła świata, żeby zobaczyć, jak świat wygląda, bo się to dzieje w pośpiechu. My i tak lecieliśmy dwa miesiące. Jest co najmniej kilka miejsc, w których chciałbym zostać na kilka dni dłużej albo jeszcze dłużej, ale wolę tam dolecieć rejsówką i ewentualnie tam w okolicy polatać śmigłowcem albo w ogóle poeksplorować jakkolwiek inaczej, ale nie ma na to czasu. Ten lot musiałby wtedy trwać nie wiem ile miesięcy.

[KP] Jaki jest zasięg helikoptera, którym lataliście?

[MS] Standardowy zasięg takiego śmigłowca to jest koło dwóch i pół godziny, powiedzmy. Natomiast…

[KP] Czyli to jest żabi skok, biorąc pod uwagę, że tak powiem, drogę, którą musieliście przebyć.

[MS] Tak, ten śmigłowiec jest dosyć… Lecieliśmy Bellem 407, to jest taki śmigłowiec, który lata stosunkowo szybko jak na swoją klasę, koło sto trzydzieści, sto czterdzieści węzłów, to jest jakieś, powiedzmy, dwieście sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Ma bardzo małe wibracje, ma bardzo dużo mocy. I my, żeby przelecieć Atlantyk, musieliśmy mieć dodatkowy zbiornik paliwa, który był testowany przed podróżą. Maksim wykonał lot w góry Ałtaju i tam też jakiś dłuższy czas leciał i wracał z tym zbiornikiem i patrzył, czy to… Jak sprawne są pompy, czy się nie psują, czy jest… jak są szczelne te wszystkie połączenia i tak dalej…

[KP] Bo to jest dodatkowy zbiornik, montowany…

[MS] W środku, w kabinie…

[KP] …zamiast foteli?

[MS] Tak. Znaczy, fotele były, ale tam taką konstrukcję mieliśmy zbudowaną. Zbiornik to jest czterysta litrów prawie, czyli ważyło to trochę mniej… paliwo… nafta waży zero tam… troszeczkę mniej, więc to ze trzysta pięćdziesiąt kilogramów mieliśmy dodatkowego jeszcze bagażu. Więc na te odcinki, gdzie ten zbiornik był wykorzystywany, mieściły się tylko trzy osoby. Bo lot wyglądał tak, że cały od początku do końca zrobiłem ja z Maksimem, a dwie inne osoby jeszcze tam ratowały.

[KP] Bo to też jest tak, że każdy dodatkowy kilogram na pokładzie, zwłaszcza przy tak długim nalocie, ma znaczenie, tak?

[MS] Absolutnie. Chociaż akurat w tym śmigłowcu i te loty przez duże lody były, w temperaturach niskich, a niskie temperatury sprzyjają, więc nie… jest gęstsze powietrze, więc jakby mamy, można powiedzieć, więcej mocy.

[KP] I ten skok przez Atlantyk to był najdłuższy wasz skok, czy jeszcze gdzieś tam po Pacyfiku?

[MS] Nie, najtrudniejsza była Syberia tak naprawdę. Bo lataliśmy po takich obszarach, gdzie nie było żywej duszy i żadnej cywilizacji. Na jeden odcinek mieliśmy jeszcze dodatkowy zbiornik paliwa, który mieliśmy paliwo z niego przelać do zbiornika, bo już nie było jak go podłączyć w cały te układ paliwowy śmigłowca.

[KP] Wypiąć się z pasów…

[MS] Nie, wylądować gdzieś tam i dolać. Nie było to konieczne. To byłoby na wypadek, gdyby, liczyliśmy, to gdyby wiatr był albo minimalnie sprzyjał albo gdyby w ogóle wiatru nie było. A wiatr był, na tyle sprzyjał, że udało się bezpiecznie dolecieć.

[KP] Czyli jaki był ten najdłuższy odcinek, który przelecieliście za jednym razem?

[MS] Tysiąc kilometrów.

[KP] Tysiąc kilometrów.

[MS] Koło tysiąca, nie pamiętam. Tysiąc sto, tysiąc…

[KP] I tak jak mówisz, że standardowo ten zasięg to jest dwa, dwa i pół… dwie i pół godziny, to…

[MS] Z sześćset kilometrów. Cztery trzydzieści pięć, pamiętam, taki odcinek z Grenlandii do Kanady przez… jeszcze nad Atlantykiem. Był jakiś dłuższy, ale już nie pamiętam za bardzo gdzie.

[KP] I ile tych żabich skoków wykonaliście, żeby całość…

[MS] Nie wiem, nie pamiętam. Pamiętam, że śmigłowiec nalatał 183 godziny, że prawie dwa miesiące nam to zajęło, z jedenaście dni było takiej przerwy pogodowej, ze cztery techniczne, bo po drodze musieliśmy się zaopiekować śmigłowcem. W Montrealu i we Władywostoku przyjeżdżali technicy i nam przez dwa dni tam czyścili, grzebali, smarowali, dolewali, uzupełniali oleje, wymieniali oleje. Jeden dzień techniczny, urodziny mi się trafiły w Vancouver, więc tam był przystanek i w Vancouver chwilę zostaliśmy u przyjaciela, który z nami leciał część podróży, dużą część podróży, większą część podróży w Karolinie chyba Północnej. I tyle. Więc te dwa miesiące, jakby jeszcze wycisnąć te dni nielotne, toby się zrobił… prawie dwa miesiące, siedem chyba tygodni, więc w miesiąc takim spokojnym tempem można to zrobić.

[KP] Był jakiś widok, bo dużo mówiłeś o tym, że śmigłowcem się lata dla tych wrażeń, był jakiś widok, który spowodował, że rzeczywiście zaparło wam dech w piersiach, wam, pilotom, którzy dużo latacie, więc generalnie sporo widzieliście?

[MS] Tak, no takim bardzo mocnym przeżyciem było, jak zobaczyliśmy misia polarnego i taką sytuację, którą się normalnie ogląda w kanałach przyrodniczych, jak miś był na krze i wcinał fokę. I to było tak niewiarygodne, daleko od brzegu, od jakiejkolwiek cywilizacji, po trzech godzinach lotu, jakieś pięćdziesiąt, powiedzmy, siedemdziesiąt kilometrów jeszcze od brzegu, więc daleko od wszystkiego, i tam ślad krwi, taki ze sto, dwieście metrów, on tam wytaszczył tę fokę i w ogóle się nami… raz się nami zainteresował tylko, co mu tu hałasuje, a potem się już zajmował tylko tą foką. Zrobiliśmy trzy kółka, nagraliśmy to, zrobiliśmy zdjęcia i polecieliśmy dalej. To było niesamowite wrażenie, to już jakbym wskoczył w ogóle do telewizora.

[KP] Czyli można powiedzieć, że taki bonus w trasie jakby, tak? I dużo mieliście takich bonusowych sytuacji, które gdzieś tam…

[KP] Nie. Takich bonu… takich… Nie, ja jestem wielkim miłośnikiem Północy. I te… Czyli Norwegia, Islandia, Grenlandia, Kanada północna, więc jak już się kończyły lody i śniegi w Kanadzie północnej, lecieliśmy w kierunku Montrealu, no to już tęskniłem za tym, że potrzebuję polecieć na dwa tygodnie do Alaski, bo wiedziałem, że tam znowu będzie śnieg.

[KP] I był taki moment, że powiedziałeś Maksimowi, że jest trochę nudno?

[MS] Nie, nie… Znaczy, w ogóle ten wylot był fantastyczny, bo my cały czas mieliśmy ubaw po pachy i to było w super przyjacielskiej atmosferze. Po nas lecieli Kanadyjczycy, gdzie jeden drugiego wysadził, bo się tak pokłócili po dwóch tygodniach. Wiesz, my spędzaliśmy po osiem godzin w kabinie, że tak naprawdę z takiego krzesła nie wstajesz przez cztery godziny, bo nie masz gdzie wstać, bo tu jest sufit i nie ma po prostu gdzie wstać. Ale to… Maksim to jest jego żona Natalia, zresztą Misza, który z nami leciał też część podróży, to są tak piękne i ciekawe umysły i z taką w ogóle przestrzenią w głowie, i takie nieoceniające, cieszące się, takie spontaniczne, Maksim ma sześćdziesiąt dwa lata. Obydwoje razem z Natalią są wykładowcami akademickimi i profesorami od jakichś w ogóle fizyk nuklearnych, nawet nie poruszałem tych tematów, bo to są tak skomplikowane rzeczy, ale… ale cieszą się, śmieją się, oglądają tę Ziemię, komentują, mamy w ogóle jakby podobne wrażenia, współczują tym ludziom, którzy w biednych wioskach żyją, spontanicznie tryskają w ogóle ze śmiechu na różne sytuacje, śmiesznie było codziennie. Super było.

[KP] No, jak o tym opowiadasz, to trochę się rozgrzałem do tego lotu śmigłowcem… czy helikopterem?

[MS] Nie ma znaczenia. To kiedyś sobie… ludzie, zwłaszcza po wojsku, żartowali, bo jak można mówić „helikopter”, jak mamy polską, naszą nazwę na to – śmigłowiec. A już helikopter się tak upowszechnił, że… Wszystko jedno.

[KP] Rozumiem, że w środowisku nie ma to żadnego znaczenia. Nie ma to już po…

[MS] Raczej śmigłowiec.

[KP] Na zakończenie rozmowy chciałbym, żebyś powiedział coś młodym ludziom, którzy mają w głowach jakąś wizję zawodu czy pilota, pewnie nie zawsze albo bardzo rzadko śmigłowca raczej. Myślę, że jak jesteśmy młodymi ludźmi, to myślimy bardziej o tych samolotach. To było twoje marzenie od dzieciństwa, żeby coś robić w powietrzu? Czy to po prostu takie odkrycie po pierwszym skoku… OK…

[MS] Nie, nie. Ja się dobrze w tym powietrzu zawsze czułem, bardzo to lubiłem, ale nigdy nie było tak „jak będę duży, to będę strażakiem albo będę pilotem”. Nie miałem takich historii. Więc skłamałbym, gdybym mówił inaczej. To, co mogę powiedzieć, czasami mówię młodym ludziom, to… czasami przychodzą ludzie, którzy są w trakcie licencji turystycznej albo się zastanawiają, robić samolot czy śmigłowiec, więc mówię, że jeżeli czują i robią to, bo to jest jeden z zawodów, do którego ciężko jest zmusić. Przez rodziców, przez kogokolwiek. Nie wyobrażam sobie, żeby można było kogoś zmusić „ty będziesz pilotem”. Bo ktoś nie będzie ani dobrym, ani bezpiecznym pilotem, powiem, taki zmuszany.

[KP] I mamy też chyba coś do powiedzenia dla starszych osób, bo ty dosyć późno przesiadłeś się na śmigłowce.

[MS] ja miałem trzydzieści trzy lata, kiedy zacząłem latać śmigłowcami.

[KP] Teraz dopiero zaczynasz latać, nie chcę ci wypominać wieku, ale dopiero rozumiem, licencja samolotowa. Mam takiego kolegę, będziesz zresztą się śmiał, jak ci powiem, że taka branża, bo też PR-owiec, który w pewnym momencie był też dziennikarzem, był właśnie PR-owcem, pracował w dużych koncernach. I w pewnym momencie zaczął sobie robić licencje pilota. Na różne maszynki. I teraz jest pilotem liniowego samolotu i lata airbusami.

[MS] Nie jest to jakieś wyzwanie. Znam i księdza… Słuchałem o księdzu, który lata. Znaczy, to, co mogę powiedzieć i tym młodym ludziom mówię, że jak robią to, to niech się nie zastanawiają, co będzie za rok, za dwa, za trzy, czy takim samolotem, czy w tę stronę ich los pokieruje, czy… czy tego rodzaju lotnictwo, czy śmigłowcowe, czy samolotowe będą uprawiali, niech to po prostu robią. Jeżeli czegoś się bardzo chce i wkłada w to dużo serca i zaczyna się to po prostu robić i ta determinacja nie stygnie, to świat przynosi takie fantastyczne rozwiązania… Ja na przykład, zanim skończyłem licencję, to miałem możliwość, koledzy mówili „kończ tę licencję, kupujemy śmigłowiec, będziesz latał u nas śmigłowcem”, tu, warszawscy kumple. Przyszedł rok dwa tysiące ósmy, zrobił się kryzys, nie kupili tego śmigłowca, padł temat. Miałem temat „jak tylko tam będziesz miał sto godzin, zrobisz uprawnienia, są jakieś wymagania, będziesz latał na super eurocopterze jakimś tam gdzieś tam, w Przemyślu, w Przasnyszu czy gdzieś. Też to nie wyszło. A to, że rok później założyłem szkołę lotniczą, która teraz jest najmocniejszą szkołą śmigłowcową w tym kraju, w życiu bym sobie tego nie wymyślił, do głowy by mi to nie przyszło. Więc namawiałbym, że jak ktoś lubi i chce – niech lata, a reszta sama przyjdzie.

[KP] No i nigdy nie wiadomo, co się wydarzy jutro. Wiadomo.

[MS] Super. To jest fajne.

[KP] Gościem „Zwykłych historii” był Marcin Szamborski, pilot.

[MS] Dziękuję.

[KP] Dziękuję bardzo.

Transkrypcja: Texter.pl Marek Trenkler

informator o nowych historiach

Zapisz się, aby dostawać informację o nowych artykułach

Udostępnij wpis

Share on linkedin
Share on facebook
Share on twitter
Share on email
5 2 głosy
Ocena wpisu
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Wyświetl wszystkie komentarze

Podcast: