Zmierzch autorytetów. Karol Poznański.
 Prowadzący: Karol Poznański

Prowadzący: Karol Poznański

Zmierzch autorytetów

„Uleganie autorytetom jest przejawem kompleksów i słabości charakteru – Zygmunt Freud” napisał pewnego dnia na tablicy mój Kolega z liceum.

Nie zdawał sobie chyba do końca sprawy, że cytując autorytet sam wpadł w swoje sidła. Nasza polonistka łaskawie mu tego nie wytknęła – jednak poruszona do głębi młodzieńczym manifestem zrobiła nam coś w rodzaju godziny wychowawczej. Dyskusja była burzliwa i każdy na kogoś się powoływał. Nazwiska znanych pisarzy i filozofów latały w powietrzu aż furczało. Dziś zapewne taka dyskusja nie mialaby miejsca, bo przez lata wytrwale „mordowaliśmy” wszystkie autorytety. Na ich grobach tańczą dziś influencerzy – nierzadko głupsi od swoich protoplastów ale za to silni armią milionów followersów. Odrzucając dawne autorytety zgodnie z myślą Freuda wszyscy powinni mieć stalowe charaktery i zero kompleksów. Chyba, że coś poszło nie tak. 

Autorytet czyli kto? 

Kiedyś na miano autorytetu trzeba było ciężko zapracować. Dodatkowo, nikt nie myślał: „Chcę zostać autorytetem”. Nie. To był proces, który nierzadko trwał latami, wymagał nie tylko mądrego mówienia ale przede wszystkim pisania. Umiejętności przekazywania wiedzy i kształtowania postaw odbiorców przy pomocy własnych, oryginalnych myśli. Przykładów z dalszej i bliższej historii mamy mnóstwo: od czasów antycznych po XX wiek. Niektóre przetrwały próbą czasu. Inne z wiekiem się „wytarły”. Autorytetami były osoby, które coś osiągnęły. Pisarze, poeci, filozofowie, naukowcy i przedsiębiorcy. Ludzie, na których modnie było się powoływać.   

Druga połowa XX wieku przyniosła ze sobą nową grupę autorytetów. To eksperci, którzy stali się potrzebni bo świat komplikował się coraz bardziej, a rosnące w siłę media potrzebowały „objaśniaczy” rzeczywistości. Ludzi mądrych, wyposażonych w wiedzę z jednego, góra kilku obszarów. 

Medialny apetyt na autorytety rósł, zaś rosnąca ich liczba zaczynała pomału doprowadzać do dewaluacji pojęcia. Do tego doszły usilne poszukiwania kontrowersji i odmiennych opinii. Nie musiały być sensowne. Musiały być nośne medialnie i przeciwstawne, aby „się działo”. Media zaczęły wykorzystywać ekspertów i autorytety. Większość nie spostrzegła słodkiej pułapki. Znani z różnych powodów ludzie zaczęli się wypowiadać na tematy odległe od swojej eksperyzy. W ten sposób zaczęli płacić swoim wizerunkiem za wciągnięcie do dyskusji „ nie na temat”. 

Piętro niżej od pierwotnych autorytetów i ekspertów, mamy autorytety zawodowe. Ale tu również doszło do straszliwej rzezi. Wystarczy zobaczyć jak w ostatnich latach spadało zaufanie społeczne do lekarzy. Natychmiast znalazło to odzwierciedlenie choćby w rosnącej liczbie osób odmawiających szczepień swoich dzieci.   

 Autorytet nauczycieli zaczęliśmy niszczyć wspólnie – media, rodzice, w końcu uczniowie. Częściowo winę ponoszą zapewne nauczyciele (ci gorzej przygotowani albo nie czujący misji zawodu). Ale zastanówmy się jak wygląda autorytet nauczyciela na którego rodzic wydziera się przy uczniu traktując go z góry? Jak wygląda autorytet nauczyciela o którym z pogardą mówi się, że pracuje 18 godzin tygodniowo (co jest oczywiście nieprawdą), którego kompetencje nieustannie podważa się przy własnych dzieciach? Czasem może słusznie – częściej chyba jednak nie.     

Najniższy poziom autorytetów (choć bardzo ważnych z osobistej perspektywy dla wielu z nas), który bronił się przed erozją najdłużej, to rodzina. W przyczynkarskich sondach i tak wychodzi często, że mama lub babcia cieszą się największym autorytetem. Ale nawet tu widzimy coraz więcej patologii – brak szacunku dla starszych, oddawanie na „przechowanie” do szpitali lub domów opieki, lekceważące traktowanie itp. 

Młot generalizacji i pułapka uproszczenia  

To szkic nie rozprawa naukowa i wiem, że każdy z powyższych pargrafów otwiera pole to długich dyskusji. Łatwo mi w nim również ulec dwóm pokusom zabijajacym obecnie dyskurs publiczny – generalizacji i uproszczeniom. Generalizacja jest bronią: używamy jej kategorycznie, zdając silne ciosy (wszyscy politycy to…. każdy lekarz to… „lewacy” to a „prawacy” tamto). Uproszczenie służą nam do wyjaśnienia dlaczego powyższe stwierdzenia są słuszne (przykład: pensum nauczycielskie to 18 godzin – ergo nauczyciele pracują połowę tego co inni pracownicy). Uważny czytelnik zakrzyknie: „hola, hola – przed chwilą wrzuciłeś wszystkich influencerów do jednego worka!” Nie pisałem, że wszyscy są „be”. Napisałem, że są nową falą autorytetów, niestety często nie stoi za nimi nic poza popularnością zdobytą… nie zawsze siłą intelektu.   

Skoro podeptaliśmy autorytety, a ciągle potrzebujemy na kogoś się powoływać, na kim się opieramy? 

Klasyczna myśl w nowym wydaniu

Zdarzyło mi się już szydzić tu delikatnie, z przywoływania biznesowych „evergreenów” w rodzaju Sztuki Wojny Sun Tzu. Nie dlatego, że nie doceniam myśli tego chińskiego stratega. Bardziej chodzi mi o kontekst. „Sztuka wojny” powstała z myślą o działaniach militarnych a nie biznesowych. Mechaniczne przenoszenie pewnych pomysłów z jednej sfery na drugą jest z założenia ryzykowne. Dlaczego więc to robimy? Bo traktujemy klasykę ale i współczesne idee instrumentalnie. Dopasowujemy sobie fragmenty myśli Forda, Druckera, Welcha, Cialdiniego, Coveya i wielu innych (najchętniej soczyste cytaty) do naszych wizji – opuszczając to, co do nich nie przystaje. To dzieje się na pierwszym etapie. Na kolejnych etapach rzesze influencerów kopiują lub przerabiają cytaty znanych autorytetów, czasem nawet nie znając już ich pochodzenia ani oryginalnych kontekstów.   

Z jednej strony mamy więc „recycling” idei, z drugiej zaś „orkę” dotychczasowych autorytetów. Wiele osób czuje, że dzieje się coś niewłaściwego. Że szybko przechodzimy od wychwalania do deprecjonowania różnych osób w zależności od tego czy ich poglądy są nam bliższe czy dalsze. Jednak zdecydowana większość wybiera drogę na skróty. Drogę na której nie ma miejsca dla osób mających odmienne spojrzenie na ten sam problem. Tymczasem wiele oryginalnych idei, pomysłów biznesowych wzięlo się przecież z otwartości na odmienność. Z chęci eksperymentowania. Z umiejętności podejmowania ryzyka ale także przyznania się do błędu.

Kiedyś tu już o tym pisałęm: Ludzie, których szanujemy, mogą się mylić. Ludzie, których nie lubimy, mogą mieć rację. 

Nie wzór ale inspiracja

Nie piszę tego tekstu jednak tylko z myślą o biznesie. Profesor Zofia Turecka, polonistka z III LO w Białymstoku, która podjęła wspomnianą na początku tego tekstu dyskusję z „młodymi gniewnymi”, miała odwagę przyznać się nieopierzonej młodzieży, że nie wszystkie lektury z kanonu uważa za dzieła literackie. Jednocześnie miała jednak szereg argumentów uzasadniających dlaczego ona powinna o nich nauczać a my powinniśmy je znać. Dzięki temu jak wspaniałym Nauczycielem była, my dziś znamy większość literatury, która składa się na nasz kod kulturowy. Czy to ważne? Ja uważam, że tak. Ogromnie pomogło mi to w pracy, kiedy musiałem umieć rozmawiać z osobami o różnym pochodzeniu i światopoglądzie – choć oczywiście zamiłowanie do czytania wpoili mi Rodzice (pierwsza linia autorytetów) i to dzięki nim pokochałem zarówno literaturę piękną jak i literaturę faktu.      

W szkole średniej i na studiach zetknąłem się z wieloma wspaniałymi Nauczycielami. O niektórych wiedziałem to od razu, o innych niestety dopiero kiedy „zmądrzałem”. O jednym doświadczeniu napiszę bo jest ono dla mnie kwintensencją relacji uczeń – Mistrz.

Nieżyjący już niestety Profesor Stefan Meller, znany wielu z Państwa jako były ambasador Polski we Francji i Minister Spraw Zagranicznych, dla nas był wykładowcą – marzeniem. Prowadził zajęcia z taką pasją, że kiedy chciał zrobić przerwę na papierosa (a palił niestety bardzo dużo), przynieśliśmy mu z korytarza popielniczkę na metalowej nóżce (był to rok bodajże 1991 i na korytarzach uczelni można było palić). Nie chcieliśmy, aby przestał mówić. Podczas egzaminu traktował studentów z szacunkiem. Do dziś pamiętam jak wstał zza biurka, podszedł do mnie i do kolegi i ściskając nam dłonie powiedział: „Rozmowa z panami to była prawdziwa przyjemność”. 

Wiele z tych osób, które dziś nazywam swoimi autorytetami, nie było „wzorami do naśladowania”. Miewali wady, nałogi, problemy.  Ale byli z pewnością inspirujący i potrafili młodemu człowiekowi pokazać świat pełen odcieni, fascynujących złożoności, ukrytego piękna.  

Naprawdę nie chcemy autorytetów w naszym życiu? Czy może daliśmy się uwieść uproszczonej (by nie napisać prostackiej) wizji świata w której autorytetem może być tylko ktoś z kim absolutnie i we wszystkim się zgadzamy? To już nie jest droga na skróty. To droga donikąd.

Bal na Titanicu       

Świat bardzo przypomina Atlantyk z tej pamiętnej nocy 1912 roku. W mroku i głębinach czają się niebezpieczeństwa o których wiemy, ale które bardzo łatwo zlekceważyć lub zignorować. Statek którym płyniemy wydaje się bezpieczny – co usypia naszą czujność. 

W tych warunkach łatwo przeoczyć symptomy poważnych niebezpieczeństw. Ludzka arogancja wtedy kosztowała półtora tysiąca dusz. Zaledwie dwa lata później ludzie bez wyobraźni wepchnęli Europę w objęcia Wielkiej Wojny, która kosztowała już miliony istnień. Co gorsza kończący ją Traktat Wersalski stał się jedną z przyczyn tragedii nazwanej później II Wojną Światową.  

Dlaczego piszę o tym na portalu biznesowym? Bo jakość naszej edukacji i autorytety które nas kształtują, mają znaczenie dla podejmowanych przez nas decyzji. Jeśli dziś ulegniemy modzie „szlachtowania” autorytetów, podkopiemy pozycję nauczycieli, lekarzy i innych zawodów społecznego zaufania, jutra możemy nie doczekać. 

Influencerzy mogą na nas wpływać, ale niczego nas nie nauczą. 

Potrzebujemy Nauczycieli. 

Potrzebujemy Autorytetów. 

Masz ochotę na więcej?

Udostępnij wpis

Share on linkedin
Share on facebook
Share on twitter
Share on email
5 2 głosy
Ocena wpisu
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Wyświetl wszystkie komentarze